Wampirza żona jest pysznie, acz nieprzytłaczająco słodka, ale jest to słodycz, która skrywa w sobie tajemnicę. Już od początku, pomiędzy deserowymi nutami, czujemy, że sekret powoli się odkrywa, by z czasem mieć ostatnie słowo. Weselny tort zostaje wspomnieniem, które wciąż nas otula, ale teraz widzimy jej prawdziwe, wampirze oblicze. Delikatnie funeralna kwiatowość daje o sobie znać, jednak całe to połączenie zostawia mnie z wrażeniem, że wspólna wieczność będzie bardziej słodka niż tragiczna.
Ten zapach jest jak wspomnienie po bliskim spotkaniu z nieznajomym, które zostaje na naszej skórze jeszcze długo, nie dając o sobie zapomnieć. Nieoczywisty, głęboki, delikatnie cytrusowy. Równocześnie to ciepło jest jak za gęsta mgłą, która dystansuje nas i sprawa, że całość kompozycji intryguje jeszcze bardziej.
Dynię, papier, brązowy cukier i resztę cudnych niuansów czułam dopiero po wielu godzinach, gdy piżmowe nuty zelżały, ponieważ to one wybijały się najmocniej na mojej skórze. Pierwsze spotkanie niestety nie dla mnie, ale jeśli ktoś lubi klimat whimsical-autumnal aunt to odnajdzie coś dla siebie w tym zapachu.

