Nie wiem, jakie były moje oczekiwania poza kościelnym kadzidłem uber Alles, ale w loterii indywidualnego czucia zapachów [każdy czuje inaczej i na każdym pachnie inaczej, nie] kadzidło nie wylosowało mi się w jakimś większym stopniu. Trochę szkoda, a trochę nie szkodzi, bo to co czuję jest wystarczająco w porządku.
Na starcie kręci mnie w nosie pieprz, i czuję albo iglaka, albo to po prostu przyprawy udające iglaka - nie potrafię zidentyfikować. Albo 2 w 1, bo dlaczego by nie. Później wchodzi jeszcze większa przyprawowość, szczęśliwie nie przekształcając się w rosołek czy inne spożywcze skojarzenia. Zapach niknie sobie później konsekwentnie i trochę mięknie, ale nadal czuć, co tam było i jak wierciło.
Ogólnie najwyraźniej moja bezbożność daje o sobie znać, bo zamiast do kościoła ze starożytnymi relikwiami zniosło mnie do sklepowej świątyni przypraw. Good enough - przyprawy są potrzebne.
Jestem zakochana w tym zapachu. Wzruszył mnie do głębi i przeniósł do celi z zimnych kamieni. Mokra lilia cmentarna, a potem krystaliczny chłód. Nagle jakieś dziwne farbiarskie akordy - terpentynowiec. Zapach ulotny jak życie starych ludzi.
To mój pierwszy „zwierzak”, więc spodziewałam się czegoś bardziej spektakularnego i trwałego. Czuję szczególnie żółte kwiaty i kokos. Po bliższym poznaniu, mam ochotę do niego wracać - szczególnie latem.
Bardzo otulający, na początku wręcz gorący, potem ciepły zapach starego kościoła i świec.
Przepiękna świeżość i żywiczność lasu w zapachu, przypomniała mi i dostarczyła wrażenie ukłucia igieł. Dokładnie tak pachnie mech i ściółka leśna. Zostaję w tym poszyciu i leżę na glebie.

